Serwis qnwortal.com wykorzystuje "ciasteczka". Więcej w naszej polityce Cookies.

Społeczność jeździecka czeka na Ciebie

Już dziś dołącz do internetowej społeczności jeździeckiej skupiającej pasjonatów i profesjonalistów hippiki.


  • skupiamy 19 tysięcy Koniarzy
  • ponad 900 wartościowych artykułów
  • ponad 600 tysięcy zdjęć
  • ciekawe dyskusje
  • ludzie pełni pasji
  • fotorelacje z zawodów
  • rozbudowana baza rodowodowa
  • giełda koni i ogłoszenia

Masz już swój profil?

Zostań członkiem społeczności

* powyższe proste pytanie ma na celu
ochronę przed automatami spamującymi


Korzystanie z serwisu jest darmowe. Pełny dostęp uzyskasz po zarejestrowaniu się.
Dołączenie do nas nie zajmie więcej niż 30 sekund.

Twoje konto



Zobacz też

Kalendarz jeździecki

Sierpień 2018

PnWtSrCzwPtSobNd
  1
 
2
 
3
 
4
 
5
 
6
 
7
 
8
 
9
 
10
 
11
 
12
 
13
 
14
 
15
 
16
 
17
 
18
 
19
 
20
 
21
 
22
 
23
 
24
 
25
 
26
 
27
 
28
 
29
 
30
 
31
 
 
Brak zaplanowanych wydarzeń na dzisiaj...

Wasza opinia

Gdzie jest paszport Twojego konia?








Głosy: 996 Opinie: 3



Wyścigi konne: Bacikiem i dwa razy cmoknąć

Tor Wyścigów Konnych Służewiec Dziewczyny mają lepszą rękę do koni. Chłopaki chcą nad koniem dominować. Dziewczyna niby się podporządkuje, a osiągnie to, co trzeba. Pierwszy wyścig na Służewcu odbył się 3 czerwca 1939 roku. Tegoroczny - 29 czerwca. W ubiegłym sezonie bomba szła w górę 450 razy. - Dawniej spod placu Defilad w każdy weekend jeździły na Wyścigi autobusy oznaczone 'W' - mówi Dorota Kałuba, trenerka koni wyścigowych od 30 lat (była najmłodszym trenerem i pierwszym trenerem kobietą). - Ludzie uwieszali się na nich jak winogrona. Na trybunach taki tłok, że nie można było szpilki wsadzić. Teraz pustki. A przecież Służewiec to nie tylko wyścigi. Tutaj odbywa się selekcja koni hodowlanych. Codziennie na torach trenuje około siedmiuset koni.

Jeździec wyścigowy? Musi być lekki (nie więcej niż pięćdziesiąt parę kilo). Musi mieć talent. Nie może bać się koni i musi je rozumieć. Wczuć się w to, kiedy, jak i ile można od nich żądać. Podczas gonitwy to on podejmuje decyzję. W  jeździe wyścigowej nie siedzi się w siodle. Stojąc, przesuwa się środek ciężkości, obciążając przód konia. To ważne, bo koń pracuje zadem. Jeżeli jeździec nie potrafi dobrze się ruszać, zająć odpowiedniej pozycji, zafiniszować we właściwym momencie, to co z tego, że koń dobry, skoro on sam lebiega. Początkujący jeździec to uczeń. Po wygraniu dziesięciu gonitw zostaje starszym uczniem, po 25 - praktykantem, po 50 - kandydatem dżokejskim. Po wygraniu stu zdobywa tytuł dżokeja.

Aleksandra Gajos, praktykantka dżokejska, 48 wygranych gonitw

Aleksandra Gajos, fot. Anna Bedyńska
Może wyścigi mam w genach? Mój przodek ze strony mamy był koniarzem. Tato pracował w biurze na Wyścigach. Czasem zabierał mnie na gonitwy. Ale wtedy konie mnie nie interesowały. Aż któregoś razu, jak byliśmy na wczasach, wyciągnęłam od taty 50 tys., żeby pojeździć konno. Rok później, w 1994, przyszłam na wyścigi. I  zostałam. Miałam 13 lat. Pomagałam w stajni, czyściłam konie. W tym samym roku pojechałam pierwszy wyścig. Pamiętam grudzień 1994, tuż przed Wigilią - 25 stopni. Nikt koni nie wypuszczał, a ja dwie przejażdżki zrobiłam. Odmroziłam sobie uszy, ale byłam szczęśliwa. Dziś w stajni mam osiem koni i oprócz tego, że jeżdżę wyścigi, jestem trenerem.

Klaudia Wójcik, kandydatka na dżokeja, 50 wygranych gonitw

Klaudia Wójcik, fot. Anna Bedyńska

Jak patrzę na swojego syna, który ma 11 lat, i pomyślę, że za dwa lata miałby jeździć wyścigi, to włosy stają mi dęba. Ja zaczynałam, mając 13 lat, w 1987 roku. Z końmi jak z dziećmi. Bez przerwy z nimi gadam. Uspokajam, puszczam wodze, klepię. Pierwszy raz na koniu siedziałam w Sarbinowie nad morzem, na koloniach. Potem szkółka jeździecka w Piasecznie. Mama mi kibicowała. Przed moim pierwszym wyścigiem nie spałam całą noc. Koń, na którym jechałam, nie był specjalnie wyścigowy. Byłam chyba przedostatnia. Myślałam tylko o tym, żeby dojechać. Dziś to już trochę rutyna. Strach oswojony. Zawsze staram się dać z  siebie wszystko. Nie umiem wyjechać na urlop. Dwa dni odpoczynku i już ciągnie mnie do stajni.


Małgorzata Maroszek, dżokejka, 110 wygranych gonitw

Małgorzata Maroszek, fot. Anna Bedyńska

Rywalizacja? Chęć ścigania się? Przeszło mi. Czasem, jak stoję na starcie, myślę: Boże, jak mi się nie chce. Znajoma trenerka mówi: 'Małgosiu, ty jesteś przykładem na to, że można coś robić dobrze bez entuzjazmu'.

Konia z bliska zobaczyłam dopiero, jak miałam 22 lata. Wróciłam z Anglii, chciałam jechać do Niemiec. Moja mama pracowała w Peweksie. Zakupy robił tam trener Mełnicki. Obiecał załatwić mi pracę w Niemczech. Warunek był jeden: musiałam nauczyć się pracować przy koniach. Przyszłam na Służewiec. Myślałam, że mam gnój wyrzucać. A on od razu posadził mnie na konia.

Jeździłam kłusem trzy razy w tygodniu. Potem puścili mnie na tor. Kętrowanie, galop. Zaczęło mi się podobać. Lubię szybkość. Trener dotrzymał słowa. W  Niemczech sprzątałam dom, zajmowałam się ogrodem i patrzyłam na konie. Właściciel domu miał cztery, ale chodziły tylko po padoku. Miałam być rok, wróciłam po trzech miesiącach. Na Służewiec.

Pierwszy wyścig? Byłam nieprzytomna ze strachu. Zajęłam drugie miejsce. Jak mijałam celownik, pomyślałam: nigdy więcej nie wsiądę. Ale strach i zmęczenie minęły. Za trzy tygodnie znów jechałam. Zajęłam drugie miejsce. 'O, jaki talent' - mówili. Na tej samej klaczy pojechałam trzeci raz. Wtedy były jeszcze stare maszyny startowe. Wystarczyło, że koń puknął nosem w drzwiczki, one się otwierały i falstart. Tym razem wszystkie konie ruszyły, a moja klacz nawet nie drgnęła. Gdybym była bardziej doświadczona, wiedziałabym, że przysnęła i  powinnam ją obudzić. Wjechałam na metę jako trzecia. Wygwizdali mnie. Tydzień płakałam. I gdyby nie ten wyścig, może dużo wcześniej jeździłabym zawodowo. Po tym wyścigu przejechałam jeszcze trzy. A potem tylko amatorsko.

Zaczęłam nową pracę. Zostałam przedstawicielem firmy mięsno-wędliniarskiej. Ale wyścigi były we mnie. W nowym sezonie przejechałam trzy, dwa razy byłam druga, raz trzecia. Miałam 35 lat i dziewięć wygranych gonitw. Trenerka mnie zatrudniła. Po roku zostałam jej asystentką. Koni w stajni było 140 (teraz 40). Setna wygrana i tak dobiłam dżokeja.

Wyścigi to ciężka fizyczna praca. Byłam kiedyś drobna. A teraz? Niby te same rozmiary co kiedyś, a dopiąć u góry się nie mogę. Ręce i plecy mam bardzo rozbudowane. Nieraz się potłukłam. Raz na padoku przy wsiadaniu klacz zmiażdżyła mi mięsień. A w wyścigu przewróciłam się z koniem. Koziołkowaliśmy. Aż kask pękł. Największą sztuką jest jeździć tak, żeby koń chciał. Na Służewcu wiedzą, że nie używam bata.


Katarzyna Szymczuk, dżokejka, 151 wygranych gonitw

Katarzyna Szymczuk, fot. Anna Bedyńska

Z wykształcenia jestem pielęgniarką, ale nigdy nie pracowałam w zawodzie. Skończyłam, jak mówi mój tato, przy końskim zadzie. Kiedy przyszłam do stajni, miałam 14 lat. Nie myślałam o wyścigach, ale byłam lekka i wypchnęli mnie na siłę. 'Co dżokeje robią, że tak szybko jeżdżą?' - pytałam. Teraz wiem, że czasem trzeba bacikiem pod łopatkę, cugle podebrać, dwa razy cmoknąć. Każdy koń jest inny, ale każdy ma ten sam instynkt. Uczy je się od małego, że po wejściu do maszyny startującej zamykane są drzwiczki, a kiedy się otworzą, one muszą biec galopem. Pierwszy swój wyścig wygrałam jeszcze we Wrocławiu. W 1994 roku przyjechałam do Warszawy. Mój mąż był tu dżokejem. Miałam fanów (kiedy wygrywałam) i wrogów (kiedy się nie udawało), rozdawałam autografy. Oficjele przyjeżdżali na padok. Prezydent Warszawy i inni. Teraz przysyłają zastępców. Jeździłam do roku 2001 z przerwą na urodzenie dziecka. Jak śpiewa Markowski: 'Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść'. Do stajni przychodzę codziennie. Robię przejażdżkę albo dwie. Sprzątam boksy i śmieję się, że tylko widły mi zostały.


Liliya Reznikova, praktykantka dżokejska, 40 wygranych gonitw

Liliya Reznikova, fot. Anna Bedyńska

Pochodzę z Rosji, z północnego Kaukazu. Kiedy miałam 10 lat, brat przyjechał konno pod dom i wsadził mnie na konia. Rodzice chcieli, żebym została weterynarzem. Ale zamiast do szkoły chodziłam do stadniny. Najpierw jeździłam na oklep, bo tak uczą w Rosji. Pierwszy wyścig? Trzy lata temu, tu, w Polsce. Zajęłam drugie miejsce. Ten sport to moje życie. Do każdego konia inaczej podchodzę. Z jednym można gadać, z innym trzeba trochę groźniej. Czasem mówię: 'Trzeba wygrać', a czasem tylko poklepię.


Ewa Wieleżyńska-Pruska, pierwsza amazonka, która zdobyła tytuł dżokejski

Dziewczyny mają lepszą rękę do koni. Chłopaki chcą nad koniem dominować. I  ciągle walczą. A dziewczyna? Niby się podporządkuje, ale i tak osiągnie to, co trzeba. Praca w stajni zaczyna się około szóstej. Latem jeszcze wcześniej. Najpierw porządki w boksach. Konie się czyści, skrobie się im nogi. Potem przejażdżki (trzy-siedem dziennie). A potem obiad i stajnie się zamyka. Przychodzimy znów około 17. Powtarzamy rytuał. Amatorzy za pomoc w stajni mogą uczyć się jeździć za darmo. Kiedy przychodzą, mówię: 'Zapraszam minimum trzy razy w tygodniu'. Wtedy to ma sens. To pierwszy sprawdzian charakteru. Człowiek normalny tu nie wytrzyma.


Autor:Angelika Kuźniak, fot. Anna Medyńska
Artykuł dzięki uprzejmości redakcji serwisu
Wysłano dnia 08-07-2008 przez Angelika Kuźniak
 

Ciekawy artykuł? Kliknij:

Ciekawy artykuł?




Źródło: Wysokie Obcasy


Wysokie Obcasy

Oceny artykułu


Aktualna ocena: 5

Twoja ocena:






Głosy: 5


Twój komentarz do tekstu Wyścigi konne: Bacikiem i dwa razy cmoknąć Komentarze są własnością ich twórców. Nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść.

Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować

A gdzie najlepsza dżokejka wszechczasów służewieckich?
Trzykrotnie - jako jedyna wybrana Amazonką Roku.
W sumie 450 wygranych gonitw. Jeździła w Polsce, Emiratach Arabskich, Szwajcarii, Francji.... itp.
Kto zgadnie o kogo chodzi?
Bez niej ten artykuł jest nierzetelny :)
dodano przez dhaki (PW) dnia 14-08-2008



© 2003 - 2014, qnwortal.com © Arłamowski Investment